Czytaj newsletter! Istotne informacje i wpisy, bez spamu.
Praca w ułożonym hotelu jest najlepszą pracą ever. Czystą przyjemnością – w praktyce „nie pracą”.
Praca w nieułożonym hotelu jest najgorszą pracą ever. Dramatem, który niszczy człowieka na każdej z możliwych płaszczyzn.
Praca w hotelu może być źródłem satysfakcji albo długotrwałego wypalenia.
Różnica nie leży w ludziach, „atmosferze” ani lokalizacji, lecz w stopniu ułożenia organizacji. Ten tekst pokazuje, jak chaos operacyjny, brak procedur i rozmyta odpowiedzialność prowadzą do dysonansu społecznego, utraty autentyczności i degradacji relacji – z gościem, zespołem i samym sobą. To publicystyczna, ale oparta na praktyce analiza tego, dlaczego ułożony hotel ratuje ludzi, a nieułożony ich zużywa.
Skąd taka autorytatywna ocena?
Z doświadczenia, obserwacji i… socjologii.
Dysonans zabija. Może nie fizycznie, ale mentalnie, energetycznie, a przede wszystkim – społecznie.
Dysonans społeczny – cichy zabójca autentyczności
Dysonans społeczny to cichy zabójca autentyczności. I choć ten tekst będzie na wskroś publicystyczny – niepoparty badaniami, wykresami ani przypisami – dotyczy naprawdę fundamentalnych kwestii z punktu widzenia pracownika i jego tożsamości jako człowieka.
A to – nie boję się stawiać takiej tezy – bezpośrednio przekłada się również na wynik hotelu jako przedsiębiorstwa.
Dlaczego hotelarstwo działa jak soczewka?
Wynika to ze specyfiki pracy w hotelarstwie.
Branży, która dotyka podstawowych relacji i interakcji społecznych, operuje na jednym z najgłębiej zakorzenionych kodów kulturowych – gościnności – i codziennie konfrontuje pracownika z wielowymiarowym kontaktem z drugim człowiekiem.
To powoduje, że od pracownika wymaga się nieustannego funkcjonowania na najwyższych rejestrach: emocjonalnych, społecznych i komunikacyjnych.
Kiepska organizacja to nie „zły klimat”
Praca w kiepskim – i celowo nie używam słowa „toksycznym”, bo mówię o organizacji, nie relacjach międzyludzkich – środowisku, z uwagi na powyższe, prowadzi do bardzo konkretnych zagrożeń:
1. „Zabijanie” energetyczne
(drenaż zasobów)
Utrzymywanie dysonansu to praca na pełen etat.
Psychologia nazywa to wyczerpaniem ego (ego depletion).
Kiedy Twoje wnętrze mówi „A”, a na zewnątrz musisz pokazywać „B”, mózg zużywa ogromne ilości energii na samokontrolę, filtrowanie słów i tłumienie emocji.
Efekt?
Wieczne zmęczenie, brak kreatywności i poczucie wypalenia – nawet jeśli fizycznie „nic trudnego” nie robisz.
2. „Zabijanie” mentalne
(fragmentacja jaźni)
Długotrwały dysonans prowadzi do erozji tożsamości.
Z czasem przestajesz wiedzieć, co jest Twoim realnym poglądem, a co tylko maską zakładaną „dla świętego spokoju”.
To rodzi cynizm – bardzo silny mechanizm obronny.
Zaczynasz gardzić zarówno grupą, w której funkcjonujesz, jak i samym sobą za to, że w tym tkwisz.
3. Upośledzenie społeczne
(utrata autentyczności)
Paradoks polega na tym, że boisz się odrzucenia przez grupę, więc dostosowujesz się poprzez dysonans.
Ale to właśnie to dostosowanie degraduje Twoje relacje.
Relacje stają się płytkie.
Nie możesz budować głębokich więzi, bo nie pokazujesz prawdziwego siebie. Interakcje stają się techniczne, transakcyjne, pozbawione zaufania.
Dochodzi do zaniku asertywności.
Tracisz umiejętność stawiania granic i stajesz się „społecznym kameleonem” – pasującym wszędzie, ale nienależącym nigdzie naprawdę.
Hotel jako soczewka dysonansu
Moja autorytatywna ocena z początku wynika z jednego faktu: branża hotelarska jest soczewką dysonansu.
W hotelu nie sprzedajesz tylko noclegu. Sprzedajesz obietnicę wypoczynku, spokoju i komfortu.
Kiedy hotel jest nieułożony, ta obietnica staje się kłamstwem, które Ty musisz codziennie firmować własną twarzą. To generuje konflikt o ogromnej sile rażenia, niszczący na kilku poziomach.
1. Dysonans „frontu” i „zaplecza”
W hotelarstwie funkcjonuje pojęcie pracy emocjonalnej (emotional labor).
W hotelu ułożonym:
Uśmiechasz się, bo system działa, gość jest dopieszczony, a Ty masz poczucie sensu i dumy z serwisu. Energia krąży naturalnie.
W hotelu nieułożonym:
Uśmiech jest maską nakładaną na chaos. Wiesz, że pokój nie jest gotowy, klimatyzacja buczy, a kuchnia ma opóźnienie.
Gdy przepraszasz gościa, nie robisz tego z empatii, lecz z konieczności gaszenia pożaru.
2. Etyka zawodowa vs. rzeczywistość
Jeśli jesteś profesjonalistą, masz wewnętrzny standard jakości.
Praca w bałaganie zmusza Cię do codziennego obniżania tej poprzeczki.
To właśnie tutaj pojawia się realne upośledzenie społeczne:
zaczynasz unikać wzroku gości, boisz się pytania „czy wszystko w porządku?”, bo znasz odpowiedź. Zamiast relacji budujesz mur obronny.
3. Dezintegracja zespołu
W nieułożonym hotelu nie ma współpracy – jest przerzucanie winy.
Recepcja obwinia housekeeping, housekeeping obwinia technicznych, a wszyscy razem obwiniają management.
Dysonans społeczny osiąga tu szczyt.
Zamiast wspólnoty celu masz grupę ludzi, którzy ranią się nawzajem, by przetrwać zmianę. Środowisko pracy staje się polem minowym, nie zapleczem wsparcia.
Dlaczego ta ocena jest tak ostra?
Pozwolę sobie na uproszczenie i skrót myślowy: hotelarstwo to branża zero-jedynkowa.
Nie ma stanów pośrednich.
Albo jest gościnność – płynność, harmonia, ułożenie – albo jest usługa zastępcza: chaos, stres i walka o przetrwanie.
W nieułożonym hotelu nie tracisz tylko czasu. Tracisz integralność. Stajesz się kimś, kto firmuje nazwiskiem produkt, w który nie wierzy.
Pracownik przestaje być gospodarzem. Staje się mediatorem w wielostronnym konflikcie interesów.
Celowo używam – być może na wyrost – pojęcia „upośledzenia społecznego”, bo opisuje ono
stan, w którym musisz jednocześnie zarządzać emocjami gości, zespołu i przełożonych, mając związane ręce przez brak procedur, decyzyjności i odpowiedzialności po stronie góry.
Ten stan nie jest abstrakcyjny ani teoretyczny.
On konkretyzuje się w codziennej pracy, w powtarzalnych sytuacjach, w których pracownik hotelu zostaje wciągnięty w rolę bufora, amortyzatora i tłumika konfliktów.
Dlatego ten mechanizm zawsze rozgrywa się na trzech równoległych frontach.
Każdy z nich osobno jest obciążający. Razem – są niszczące.
1. Front: Ty vs. Gość
(fałszywa gościnność)
W ułożonym hotelu gość jest partnerem.
W nieułożonym – staje się ofiarą albo oprawcą.
Musisz przyjmować „kamienną twarz”, wiedząc, że standardy nie są dowożone. To niszczy naturalną empatię. Zaczynasz traktować gościa przedmiotowo – jako problem do rozwiązania – bo każde jego słowo może oznaczać kolejną konfrontację.
2. Front: Ty vs. Zespół
(wojna o zasoby)
Brak ułożenia oznacza, że standardy zastępuje improwizacja.
A improwizacja rodzi walkę o przetrwanie.
Zamiast grać do jednej bramki, walczycie o czyste pokoje, o naprawę usterki, o to, kto „oberwie” od gościa.
Błędy wynikające z chaosu rykoszetem uderzają w Ciebie – więc zamiast więzi pojawia się niechęć.
3. Front: Ty vs. Góra
(kryzys lojalności)
To najbardziej destrukcyjny wymiar.
Właściciele i zarządy często oczekują standardu 5★, zarządzając na poziomie 1★.
Dysonans lojalności jest brutalny:
jak masz być lojalny wobec dyrektora, który ignoruje raporty o psującym się sprzęcie, a jednocześnie każe Ci uśmiechać się do gościa, który za ten sprzęt zapłacił fortunę?
W tym miejscu następuje ostateczne „zabijanie mentalne”.
Tracisz szacunek do przełożonych, a w konsekwencji – do własnej pracy.
Podsumowanie
Praca w hotelu nie jest „tylko pracą”.
Jest rolą społeczną, emocjonalnym kontraktem i codziennym testem spójności między tym, co deklaruje organizacja, a tym, co faktycznie dowozi.
W ułożonym hotelu system wspiera człowieka. Procedury, decyzje i odpowiedzialność są tam po stronie organizacji, dzięki czemu pracownik może być tym, kim powinien być – gospodarzem. Autentycznym, zaangażowanym i dumnym z jakości serwisu, który reprezentuje.
W nieułożonym hotelu sytuacja się odwraca. System przestaje chronić, a zaczyna obciążać. Pracownik zostaje zepchnięty do roli bufora – tłumi emocje gości, zespołu i przełożonych, jednocześnie ponosząc konsekwencje cudzych decyzji albo ich braku. To właśnie tutaj rodzi się dysonans, który drenuje energię, niszczy tożsamość zawodową i degraduje relacje społeczne.
Ten proces nie jest abstrakcyjny ani „miękki”.
Ma bardzo konkretne skutki operacyjne: spadek jakości serwisu, dezintegrację zespołów, utratę zaangażowania i – wprost – gorszy wynik finansowy obiektu. Hotel, który nie jest ułożony od środka, zawsze zapłaci za to na zewnątrz.
Dlatego w hotelarstwie nie ma półśrodków.
Albo organizacja bierze odpowiedzialność za swoje procesy, ludzi i decyzje, albo przerzuca ją na pracowników, oczekując od nich cudów w warunkach chaosu. A to nigdy nie kończy się dobrze – ani dla ludzi, ani dla gości, ani dla biznesu.
Gościnność nie rodzi się z improwizacji. Gościnność jest efektem ułożonego systemu.
Foto: pexels.com/@Nataliya Vaitkevich