Mam problem z condo

Czytaj newsletter! Istotne informacje i wpisy, bez spamu.

Model condo w Polsce od lat budzi emocje – obietnice gwarantowanych zysków zderzają się z realiami hotelowej operacyjności. Dlaczego ten model wciąż sprawia problemy, na czym polegają jego strukturalne błędy i co to tak naprawdę oznacza dla inwestorów oraz hotelarzy?

 

Artykuł publikuję w czasie kolejnej z zawieruch, ale to jedynie zbieg okoliczności. Powinien powstać już dekadę temu, bowiem aktualne problemy tego segmentu branży nie są niczym nowym. Ale od początku…

Pierwsze doświadczenia

Sam startowałem w branży (2008), będąc zatrudniany i szkolony przez „sieroty” po jednej z nieudanych inwestycji condo. Która swoją drogą chyba nie ujrzała finału do dziś. Ani obiekt nie powstał w postaci jakiej miał ani inwestorzy indywidualni nie zostali rozliczeni.

Około z kolei 2014–15 (stąd ta dekada wyżej) zostałem zaproszony do współpracy przy jednej z tworzących się inwestycji condo w Krynicy-Zdroju. Teraz szczerze już nie pamiętam, dlaczego współpraca nie doszła do skutku. Natomiast co uderzyło mnie już wtedy, to fakt, że w strategii biznesowej tudzież biznesplanie inwestor, czy tam pomysłodawca inwestycji, kompletnie pomieszał porządki pozycjonowania i komunikowania inwestycji, nie rozróżniając w sumie inwestorów indywidualnych, którym będzie chciał sprzedawać jednostki, z przyszłymi potencjalnymi gośćmi tegoż hotelu. Aczkolwiek na plus należy zapisać, że w ogóle taki dokument na takim etapie inwestycji powstał.

2017. Gdzieś na wysokości Salzburga, a może i Linzu, rozmawiam z moim ówczesnym przełożonym, a aktualnie wirtualnym branżowym mentorem, o modelu condo w Polsce. Dochodzimy do wniosku (mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi), że obciążenie na poziomie 8% zwrotu to jest nic. Jest to samograj. Mniejsza zresztą, czy 7, 8 czy 9. Chodzi o samo obciążenie czynszami całej inwestycji hotelowej na poziomie takiej stopy zwrotu dla właścicieli indywidualnych.

Z punktu widzenia operacyjności hotelu i jego możliwości generowania przychodów, a później zysku, jest to obciążenie zdecydowanie możliwe do udźwignięcia. I jeszcze na takim poziomie, że przy ewentualnej czkawce jednej czy drugiej – również możliwe do spłaty.

Z jednym aczkolwiek zastrzeżeniem: kiedy mówimy o świadomie i profesjonalnie prowadzonym hotelu. Jest to poziom obciążenia, które ewentualnie pomniejsza zysk inwestora głównego, ale nie generuje notorycznej walki o biznesowe życie.

Oczywiście inwestorzy tych obiektów mają własną perspektywę i pewnie się nie zgodzą z tym, co piszę. Nie zmienia to faktu, że na poziomie operacyjnym tak jest. Do tego zresztą wrócę jeszcze niżej. Ponieważ chyba specyfiką wyłącznie polską jest wymaganie sprawności operacyjnej i zyskowności do poziomu finalnego zysku w USALI/P&L. Z poziomem wartości czynszu jest inny problem, a nie jego procent – ale o tym również będzie poniżej.

 

Dla części z Was tajemnicą nie jest, że przez kilka ostatnich lat pracowałem w projektach condo. Posiadam więc już w sumie pełny przegląd tego modelu biznesowego. Natomiast z uwagi na oczywiste zapisy umów nie będę odnosił się do moich pracodawców. Jedynie z doświadczenia, własnych przemyśleń, ale też obserwacji tego segmentu z zewnątrz – u konkurencji – podzielę się pewnymi refleksjami, które właśnie definiują mój tytułowy problem z modelem condo w Polsce.

 

Włączenie finansowania w wynik operacyjny hotelu

Książka i doświadczenie hotelarskie uczy, że hotel i jego zespół odpowiedzialni są za wynik operacyjny hotelu. Wg USALI – za tzw. nad kreską. Model condo w Polsce ten schemat zaburza czy wręcz wywraca.

Oczekuje się bowiem – idąc od góry struktury do samego jej dołu – od dyrektora po pracowników liniowych, „dowożenia” wyników na poziomie zyskowności spółki/organizacji.

Jest to maksymalne pomieszanie pojęć i zakresów obowiązków. Sam jestem zafiksowany na maksymalizacji sprzedaży i docelowo profitu, natomiast tutaj musi być porządek. I odpowiedzialność rozłożona tam, gdzie powinna i jest możliwa – a nie tam, gdzie sobie inwestor (również ten wypłacalny) „umyślał”.

Nie tak to powinno działać. Z co najmniej dwóch powodów:

  1. jeśli już tak ma być strukturalnie i strategicznie, to inaczej powinien być prowadzony proces rekrutacji i oceny wymaganych kompetencji;

  2. inny powinien być poziom wynagrodzenia, bowiem czym innym jest – upraszczając – profesjonalna obsługa gościa, a czym innym zarabianie na niej pieniędzy.

 

 

  • Uniform System of Accounts for the Lodging Industry (USALI) jasno rozdziela wynik operacyjny hotelu od elementów związanych z finansowaniem, amortyzacją, kosztami właściciela, podatkami itd.

  • Zadaniem dyrekcji hotelu i zespołu operacyjnego jest generowanie wyniku GOP (Gross Operating Profit), czyli marży operacyjnej, a nie finansowanie zobowiązań właścicielskich.

  • W modelu condo, szczególnie w Polsce, faktycznie nastąpiło przesunięcie – ciężar czynszów i oczekiwanego zwrotu inwestycyjnego bywał „wrzucany” do operacyjności hotelu, co jest odstępstwem od klasyki USALI.

Brak oceny ryzyka przez inwestorów indywidualnych

Starając się jak najdalej uciec od bieżących artykułów prasowych i sytuacji na rynku. Case inwestowania w condo – nie wiem dlaczego – kojarzy mi się ze sprzedażą/kupnem „działającego” lokalu gastronomicznego.

Od czasu do czasu pojawiają się ogłoszenia typu: sprzedam działający i zarabiający lokal gastronomiczny XYZ. Swoją drogą – ostatnio również sporo pensjonatów i mniejszych hoteli.

Jeśli cena jest podana, mniej więcej wielkość miejsca czy też lokalizacji również, to bardzo prosto można policzyć opłacalność zakupu takiego interesu i horyzont czasowy jakiegokolwiek zwrotu.

Biorę więc kalkulator – bo nawet nie Excel – i liczę. Najprostsza matematyka: liczba wydań × średni rachunek × dzień × miesiąc. Do tego orientacyjnie koszty. Z pięć minut wiesz, czy to jest rzeczywisty biznes, czy kolejna osoba wpakuje się w rozwiązanie à la franczyza Żabki.

Nie piszę tego, aby się mądrzyć i z góry patrzeć na inwestorów indywidualnych w condo – tylko to jest najprostsza matematyka i najszybsza (i najważniejsze: rzetelna!) ocena ryzyk i zagrożeń związanych z późniejszą wypłacalnością czynszu.

 

Zmowa milczenia / Tajemnica poliszynela

Wszyscy wiedzą jak jest, ale nikt otwartą komunikacją nie napisze i nie powie o czarnych owcach”.

Przyczyny domniemywam dwie:

  1. Po co o tym pisać? Święty spokój i „polityka” są najważniejsze. A nuż z kimś trzeba będzie ubić interes lub współpracować w ten czy inny sposób. Dla mnie m.in. to jest wyznacznikiem, że mediów branżowych w Polsce nie mamy. Aczkolwiek jest to temat na odrębną opowieść. Dopiero jak media mainstreamowe lub lokalne podchwycą temat, to wtedy ten czy inny periodyk internetowy napisze – a właściwie zrelacjonuje – co piszą inni.

  2. Może jednak ci eksperci, te media, analitycy itd. wcale za wiele nie wiedzą o tym segmencie branży. Z wyjątkiem tego, co im skapnie na tej czy innej konferencji czy small talku zawodowym.

Nie oczekuję, aby każdy zbawiał świat i miał w obowiązku komunikować „not my secret to tell” szerzej. Daleki jestem od tego. Natomiast jeśli ktoś pozycjonuje się w tym segmencie rynku jako specjalista czy relacjonuje inwestycje, to zasadne jest wymaganie, aby pokazywał pełen jego obraz. Ale może za dużo wymagam.

 

Wycena nieruchomości wg infrastruktury, a nie obrotu

Mnie uczono, że inwestycję hotelową wyceniamy potencjałem – tj. obrotem i w konsekwencji możliwym zyskiem. A nie infrastrukturą i nieruchomością. Natomiast nie będę tej tezy bronił jak niepodległości, bowiem nie czuję się specjalistą od inwestycji hotelowych. Działam w nich operacyjnie.

Natomiast czynsze w większości inwestycji zostały wycenione wg wartości nieruchomości i pochodnych – tj. cena zakupu, wyposażenie, późniejsza indeksacja itd.

Mimo to uważam, że poziom zwrotu procentowego, o którym rozmawiamy (7–9), jest jak najbardziej do udźwignięcia przez hotel przyzwoicie zarządzany.

Kwestia jest bardziej to, ile w kieszeni zostaje u inwestora wiodącego, stawiającego hotel, operatora – a nie, czy hotel jest w stanie płacić takie zobowiązania z zysku operacyjnego. Jest. Takie poziomy czynszów nie zabiją hotelu.

Może inaczej: nie powinny, jeśli – i tu się powtórzę – jest on prowadzony przez osoby odpowiedzialne na każdym poziomie organizacji zarządzającej w szerokim rozumieniu daną inwestycją.

Problem w mojej ocenie jest inny. Bowiem strukturalny „grzech pierworodny” takiego założenia. Część inwestorów zdała sobie z tego sprawę, wprowadzając przychodowy model rozliczeń w nowych inwestycjach. A nawet zmieniając w dotychczasowych.

To rozwiązanie oczywiście bezpieczniejsze dla hotelu, ponieważ:
a) obciążenie kosztami jest skorelowane z przychodem, czyli rzeczywistą efektywnością,
b) dzieli ryzyko po obu stronach transakcji.

Nie oceniam zyskowności rozwiązań dla stron, tylko ich bezpieczeństwo. Wielu specjalistów podnosi argument – jak dla mnie słuszny – że komunikowanie gwarantowanego zysku (jak w przypadku czynszu procentowego) jest aberracją na jakimkolwiek rynku inwestycyjnym.

 

  • W literaturze hotelarskiej i inwestycyjnej standardem jest metoda dochodowa (income approach), czyli wycena hotelu na podstawie zdolności generowania przychodów i zysków operacyjnych. To podstawowa zasada przy transakcjach hotelowych – potwierdzana choćby przez raporty HVS, STR, Colliers czy Cushman & Wakefield.

  • Metoda kosztowa (infrastrukturalna) lub porównawcza stosowana jest pomocniczo, np. przy wycenie gruntów, obiektów w budowie albo w sytuacjach, gdy nie ma danych finansowych. Ale nie oddaje ona realnej wartości biznesowej hotelu.

  • W polskich projektach condo faktycznie często stosowano logikę nieruchomościową, a nie hotelarsko-inwestycyjną: wartość jednostki liczono od ceny m², kosztów wyposażenia, indeksacji. To odstępstwo od praktyki profesjonalnej.

Psucie wizerunku „hotelarzom” przez „niehotelarzy”

To jest akurat najmniejszy problem, a wręcz niuans. But still… Na część branży spada odium działań podmiotów i osób tak naprawdę z nią niezwiązanych. Tak, inwestują w nią i działają pod jej szyldem. Ale hotelarzami nie są.

Natomiast przepaść merytoryczna i kulturowa jest tak gigantyczna, że część tych negatywów spada również na Bogu ducha winnych hotelarzy – zarówno poważnych i rzetelnych inwestorów, jak też pracowników.

 

Zakończenie

Na koniec – już mniej analityczna uwaga, a bardziej publicystyczno-osobista.

Z uwagi na wiadome perypetie wiadomych podmiotów, trafiam czasem na głosy, że ci są wypłacalni, ci są profesjonalni. Bardzo podobny schemat i pułapka intelektualna, w jaką wpadły osoby w inwestycjach, które nie są wypłacalne czy nie są profesjonalne.

Wtedy od razu przypomina mi się cytat z Biblii: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł.”

Ponieważ mam taką wewnętrzną intuicję, że czasem ci pierwsi mogą jeszcze na ostatniej prostej wyprzedzić tych drugich. Czego oczywiście nikomu nie życzę, bowiem nikomu to nie służy. Ale rynek – nie tylko hotelowy – nie takie rzeczy widział. I nawet życzeniowość „too big to fail” wtedy nie pomoże.

 

Jak się okazało pisząc, powyższe nie wyczerpuje tematu, ponieważ co najmniej kilka kolejnych punktów można byłoby śmiało dodać i opisać. Co pewnie kiedyś nastąpi. A tekst będzie miał swoją kontynuację.

 

Foto: pexels.com/@Luis Quintero

Warto również przeczytać